SuckMyAssSenpaiBitch

SuckMyAssSenpaiBitch

sobota, 23 grudnia 2017

Pewnego dnia, na uboczu zwykle spokojnej wioski, zapanował zgiełk. Kobiety, które dotychczas jak co dzień opuszczały swoje domy, by uprać ubrania nad rzeką i pogawędzić z innym paniami domów, zebrały się w grupkę i, raz po raz zerkając w stronę uniwersum hałasu, zasłaniały twarze dłońmi, cicho szepcząc. Ptaki ucichły na moment, jakby ciekawe powodu całego zajścia. Dzieci zaś wybiegły zza murów okolicznych domów i, z nawoływaniem, przysiadły w długiej trawie również obserwując sytuację. Wydawało się, iż cała sceneria do tego przywykła i spodziewała się takiego obrotu spraw.
Powodem tej wielkiej ciekawości, która ogarnęła serca mieszkańców i oderwała ich od codziennych spraw, była szamotanina kilku mężczyzn. Trzech z nich było przystrojonych w szaty królewskich żołnierzy, a obok nich stał wyraźnie młodszy Jun, rzucający na nich spojrzenia spod byka. Był od nich odrobinę mniejszy, jednakże górował nad nimi swoją postawą. Włosy miał nierówno ścięte, kilka kosmyków przylegało mu do twarzy, inne zaś niefrasobliwie odstawały. Mężczyzna marszczył swoje czoło, lecz nie wyglądał gniewnie, raczej na zmęczonego rutyną.

niedziela, 5 listopada 2017

    Obserwowałem krople potu, spływające po jego umięśnionych, napiętych ramionach. Kilka minut wcześniej zrzucił z siebie koszulkę, by choć trochę ochłodzić swoje ciało, jednakże gorąc wciąż był nieznośnie odczuwalny. Na biodrach miał przewiązany niebieski fartuch, swobodnie opadający i odsłaniający karmelową opaleniznę klatki piersiowej. W dłoniach trzymał notes i długopis. Podczas przyjmowania zamówień uśmiech nie schodził mu z twarzy. Zaśmiał się głośno, zapisując coś w notesie paroma sprawnymi ruchami. Miał naprawdę cudowny uśmiech. Mimo że obserwowałem go każdego dnia, odkąd tu przyjechałem, nadal nie mogłem się nadziwić, jak takie cudo mogło istnieć.
    Tydzień temu wyjechałem do ciotki, mieszkającej w Hiszpanii, co na początku wydawało się być moim błędem, przez nudności jakich doznałem ze strachu na pokładzie samolotu. W połowie lotu dosłownie stałem przy wyjściu, kłócąc się ze stewardessą o otworzenie drzwi. Po dotarciu do domu, w którym miałem zamieszkać, również nie byłem przekonany co do jakichkolwiek pozytywów tej decyzji. Byłem ubrany w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, a wciąż niezmiernie się pociłem. Po przejściu pięciu metrów myślałem, że umrę i następne dwa dni przeleżałem w łóżku, próbując przyzwyczaić się do tutejszego klimatu.
    Jednakże jakoś cztery dni temu znalazłem to miejsce. Raj na ziemi, ot co. Nie dość, że serwują tu najlepsze na świecie zimne koktajle, to jeszcze ten kelner... Pierwszego dnia, gdy go zobaczyłem, nie potrafiłem wykrztusić z siebie nawet jednego słowa, przez co przyniósł mi wodę i kilka razy pytał czy dobrze się czuję. Od tego momentu poczułem, że może jednak nie był to najgorszy wybór, by przenieść się do ciotki. Może i nawet jeden z tych lepszych.
    -Cześć, co podać?
   Wyprostowałem się i delikatnie uśmiechnąłem. Jego głos był tak przyjemny, że chciało się go słuchać godzinami. Włosy miał rozczochrane, niezbyt przykładał wagę do ich porządku, co dodawało mu uroku. Brązowe oczy zaś wyczekująco na mnie spoglądały.
   -Koktajl truskawkowy

sobota, 28 października 2017

-Naprawdę mi przykro... Wiem, że popełniłem błąd i jest mi z tym cholernie źle. Nie miałem w planach zranienia cię, ja po prostu wtedy nie myślałem. Chciałem, byś choć raz był o mnie zazdrosny! Nie chciałem, żebyś płakał...
-Zamknij się - przerwał mu roztrzęsionym głosem.
Siedział na łóżku obejmując się dłońmi i zasłaniając włosami czerwoną i lekko opuchniętą twarz. Łzy, które nie chciały przestać płynąć, mimo że usilnie starał się je zatrzymać spływały po jego policzkach i szyi. Niektóre zatrzymywały się na rzęsach. Przygryzał czerwone wargi, tłumiąc w sobie szloch. Tak właściwie nie wiedział dlaczego tak bardzo się zdenerwował. W gruncie rzeczy nic strasznego się nie stało. Jednakże smutek w jego sercu tylko wzbierał na sile.
-Po prostu już nic nie mów... a najlepiej to zostaw mnie samego.

niedziela, 22 października 2017

13 grudnia, godzina 14:35.
Śnieg prószył już od kilku dni, zasypując Seul i sprawiając, że okolica wyglądała nieco spokojniej niż zazwyczaj. Ciemne chmury przysłaniały słońce, przez co zimno szczypało w policzki, a skostniałe ręce szukały odrobiny ciepła w kieszeniach. Mężczyzna, który przez pośpiech zapomniał zabrać ze sobą czapki i szalika, oparł się o barierki tuż przy jezdni i westchnął, wypuszczając z ust obłoczek pary. Chwilę obserwował nieustający ruch na ulicy, pozwalając, by podmuchy wiatru rozwiały mu włosy. Sięgnął dłonią do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Wyjął jednego stuknięciem, po czym włożył do ust.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Spokojne za dnia skrzyżowanie na uboczu miasta, nocą stało się miejscem spotkań setek młodych ludzi. Ćwierkanie ptaków i szum drzew zostało zastąpione przez głośne rozmowy, zagłuszane rytmiczną muzyką, do której bujały się błyszczące od potu ciała. Dłonie dziewcząt uniosły się w górę, a ich ledwo zakryte ciała wyginały się, przyciągając wzrok chłopców. Niektórzy z nich stali przy swoich maszynach, chwaląc się ich sprawnością przed znajomymi. Inni dołączali do nieco zbyt erotycznego tańca z dziewczynami. Alkohol był wszędzie: w kubkach; na ubraniach; na ziemi. Gdzieniegdzie słychać było odruchy wymiotne tych mniej odpornych na jego działanie. Co odważniejsi zsuwali z siebie zbyteczne warstwy ubrań.
Yano patrzył na to wszystko z odrazą. Stał z boku, oparty o ścianę z kubkiem pełnym drinka, którego nazwa była zbyt długa, by ją zapamiętać. Chwilę temu, przyjaciel, który zaproponował mu przyjście na imprezę, zniknął z grupką znajomych pod pretekstem "przywitania się z resztą". Chłopak tylko wywrócił na to oczami, wiedząc, że ten już nie wróci.
Jeszcze raz omiótł okolicę znudzonym wzrokiem. Dopił drinka i zgniótł kubek. Wcześniej myślał, że może w ten sposób uciec od monotonności jest życia, ale najwyraźniej się mylił. To nie było dla niego. Ostatnio zastanawiał się nad celem istnienia i miał nadzieję, że może to wyjście pomoże mu znaleźć odpowiedź. Całe dwudziestoletnie życie spędził, będąc przykładnym dzieckiem, robiącym wszystko czego od niego oczekiwano. Rodzice chcieli, by zrobił pożytek z zapomnianego pianina w ich domu? Nauczył się na nim grać. W szkole oczekiwali od niego udziału w olimpiadach? Uczestniczył. Koledzy z klasy chcieli miłego, pożytecznego przyjaciela? Był nim. Jednakże odczuwał pustkę w życiu. Czegoś brakowało. Czy sens istnienia polega jedynie na byciu takim, jakim inni chcą żebyś był?
Głęboko westchnął, po czym odbił się nogą od ściany. Przecisnął się przez tłum na drugą stronę ulicy i ruszył w kierunku bardziej zacisznego miejsca. Gdy minął najbardziej zatłoczoną część drogi, chłodny powiew rozrzucił jego idealnie ułożone blond włosy. Przysiadł na krawężniku, wyciągając telefon, by zadzwonić po taksówkę.
-Hej, blondi, co robisz sama w takim miejscu?
Spojrzał na dwóch niezbyt miło wyglądających mężczyzn. Ten, który się odezwał był wyższy i lepiej zbudowany, a na jego twarzy widniał protekcjonalny uśmieszek. Drugi natomiast niezbyt wiedział co się dookoła dzieje.
Yano przybrał grzeczny uśmiech i czekał, aż się do niego zbliżą.
-Wyglądasz na znudzonego! Nie mów, że już się zwijasz?
-Ach, tak, niezbyt dobrze się czuję... - Gestem pokazał, że mu niedobrze.
-Chodź, zabaw się z nami, poczujesz się lepiej - mężczyzna złapał go za ramię i niezbyt delikatnie pociągnął go, by wstał.
-Przepraszam, ale naprawdę już na mnie pora, niezbyt dobrze znoszę alkohol...
-Dawaj, nie pierdol, szkoda nie skorzystać z takiej ładnej buźki.
Blondyn pod presją wstał, lecz wciąż nie miał zamiaru się nigdzie ruszać. Mężczyzna był coraz bardziej nachalny i agresywny. Z twarzy Yano zniknął uśmiech, ustępując zakłopotaniu i niezręczności. Wciąż odmawiał, jednak nieznajomi nie dali się zbyć.
-Odpuście sobie, chłopcy, na jego miejscu nie byłbym taki grzeczny i od razu kazałbym wam wypierdalać.
Zaskoczony chłopak odwrócił głowę i ujrzał muskularnego mężczyznę, opierającego się o potężną maszynę. Wybawiciel, jak nazwał go w głowie Yano, trzymał w lewej dłoni zapalonego papierosa. Patrzył się na nich z prześmiewczym wyrazem twarzy, jednocześnie głęboko się zaciągając.
-Stary, chcemy się tylko zabawić, nie przeszkadzaj nam.
-Powiedziałem, żebyście wypierdalali, czy może powinienem wam to przekazać dosadniej?
Postura mężczyzny się zmieniła. Uśmiech zniknął, pozostało jedynie napięte ciało i wyzwanie, które zawisło w powietrzu. 
Dlaczego współczesność wciąż wydaje mi się zacofana? W jaki sposób młodzi ludzie mają ukształtować swój charakter, gdy wszystko co ich otacza jest pełne tajemnic, sprzeczności, zakazów i wrogości? Słyszymy głównie negatywne opinie na dany temat. Otrzymujemy wrogie spojrzenia, gdy pytamy o coś czego nie rozumiemy. Niektórzy nigdy nie rozmawiają na poważne, ciekawe tematy. Dlaczego nie używamy słów do porozumiewania się i określania swoich myśli? Zamykamy się w obrębie tego co widzimy i tworzymy światopogląd jedynie na jego podstawie. Jesteśmy ograniczeni.
Czego się obawiamy? Braku akceptacji? Czy może boimy się otrzymać odpowiedzi, które mogą nas zdziwić? Z drugiej strony może boimy się, że jeśli wypowiemy coś na głos, to stanie się zbyt realistyczne? W czym, do cholery, ludzie widzą problem? Usta i język, którymi się posługujemy, nie służą tylko do wypowiadania uprzejmych, miłych słów. Służą do komunikowania się, pytania, odpowiadania, prowadzenia trudnych rozmów, dzielenia się wiedzą, wypowiadania tego co tak naprawdę myślimy. Czasami są wykorzystywane do kłamstw, czasami po to by kogoś urazić, wyrazić swoje uczucia. Trzeba ich używać, by mówić o sobie. O tym, kim jest się naprawdę. Dlaczego tak wiele osób się tego boi? Dlaczego wyjawianie swojej prawdziwej osobowości stało się tak rzadkie? Czy kiedykolwiek na świecie istniała wszechobecna otwartość? Czy też taka jest natura człowieka?
Nawet jeśli jesteśmy w erze nowości, technologicznego dobrobytu, niektóre rzeczy wciąż się nie zmieniają. Powiedzmy sobie szczerze. Na świecie wciąż brakuje akceptacji. Tak jak zdarzały się krucjaty na czarownice, ze względu na to, iż ludzie nie rozumieli się nawzajem, tak wciąż jest teraz, tylko w innej postaci. Dlaczego więc, do cholery, nie zaczniemy ze sobą rozmawiać? Zacznijmy mówić wprost kim jesteśmy. Określajmy się, dzielmy się poglądami, szukajmy "prawdziwego ja", kłóćmy się o bzdury, akceptujmy się nawzajem, a co najważniejsze: różnijmy się między sobą. Ludzie naprawdę potrzebują opowiedzieć kilka rzeczy o sobie, czasami strasznych, innym razem zabawnych i otrzymać reakcję w postaci "yeah, sure, you're fine the way you are". W porządku jeśli na początku kogoś nie zrozumiemy. Ale od tego mamy siebie nawzajem, żeby się dogłębniej poznawać, analizować, akceptować, kochać, whatever.
-...Yano, hej, możesz przestać udawać, że nic się nie stało. - Yoshinobu oparł łokcie na kolanach, spoglądając delikatnie na chłopca.
-Nie udaje.
Ryoichi zmarszczył brwi i wrócił do czytania notatnika.
-Wiesz... uczuć nie powinno się tłumi
Wyobraźcie sobie, że stoicie na moście po drugiej stronie barierek i ledwo macie gdzie postawić stopy. Pod wami jest szumiąca woda, bezwiednie ją obserwujecie. Wasze oczy są puste, widocznie panuje w was zbyt dużo emocji, by je jakkolwiek wyrazić. Możliwe, że wasza twarz ukazuje obłęd. Wystarczy jeden mocniejszy podmuch wiatru, byście stracili równowagę i runęli w ciemną toń morza.
O czym byście myśleli? O swoich rodzinach? Najbliższych? O tym, czy ludzie, których za sobą zostawicie będą choćby o was myśleli? Czy przejmą się tym, że znikniecie? Będziecie żałować, że ich zostawiacie? Będziecie mieli wątpliwości? A może ulgę, że w końcu się z nimi rozstaniecie? Będziecie wspominali wszystkie wasze dobre momenty życia? Czy też te złe? Lub też o tym, jak długo będzie was bolało?
Promienie słoneczne wdarły się przez zabite deskami okno. Rozświetlały twarze dwóch mężczyzn - jednego śpiącego, drugiego przyglądającego się towarzyszowi. Złote refleksy na twarzy Ryoichi przypominały mu łany zboża, rosnące przy posiadłości jego dawnego mistrza. Gdy był mały często siedział ze swoim opiekunem na wzgórzu i patrzył na ogromne pole, słuchając uważnie wszystkiego co mówił.
Yoshinobu pokręcił delikatnie głową, próbując odpędzić od siebie wspomnienia. Raz jeszcze spojrzał na mężczyznę obok. Od zawsze uważał jego twarz za piękną. Leciutko zaokrąglone policzki nadawały mu słodkości, a intensywnie zielone oczy za kotarą długich rzęs sprawiały wrażenie kogoś inteligentnego. Kogoś, kto przeżył o wiele więcej niż osiemnaście lat. Jego włosy były w totalnym nieładzie, aż miało się ochotę je poprawić. Chłopak marszczył brwi, jakby śnił mu się koszmar, ale oprócz tego spał spokojnie.

Wyobraźcie sobie chłopca w wieku mniej więcej dziewięciu lat, stojącego w brudnych i lekko podartych ubraniach tuż obok swojej matki. Jest średniego wzrostu, ma zwykłe czarne, krótko przycięte włosy i nudne ciemnobrązowe oczy. W tej chwili przygląda się z nieukrywanym zainteresowaniem chłopcu, ukrywającemu się za nogami swojego ojca. Duże, przerażone oczy co jakiś czas na niego zerkały, lecz nawiązując kontakt wzrokowy, szybko patrzył w drugą stronę.

czwartek, 8 czerwca 2017

Kim jesteśmy? Jesteśmy tym, czego brakuje młodym ludziom. Jesteśmy ich drogą, kiedy się zgubią. Jesteśmy wsparciem, gdy potrzebują pomocy. Dobrymi słuchaczami, gdy potrzebują się wygadać. Pomocną dłonią, gdy czegoś nie potrafią. Streszczając się: jesteśmy ich światłem w ciemności. Kolorami. Jesteśmy sobą.


środa, 3 maja 2017

Piękna, cicha polana, rozświetlona łagodnym blaskiem księżyca. Wiatr delikatnie porusza wysoką trawą i liśćmi drzew, tworząc spokojną, nastrojową muzykę. Co jakiś czas słychać donośne huczenie sowy siedzącej na pobliskiej gałęzi. Wprost cudownie byłoby choć na chwilę zatrzymać się i podziwiać naturę. Jednakże w centrum sielankowego otoczenia leży dwudziestoletni mężczyzna. Nieogolony policzek przyciska do ziemi, ma lekko uchylone usta, z których cieknie strużka śliny i ogromne worki pod oczami. Rosa z trawy osiada na jego skórze. Jego dłonie kurczowo zaciskają się w pięści, a wyraz twarzy tężeje.
Oto Ryosuke Yukio, pracownik ogromnej korporacji zajmującej się reklamami, mąż pięknej, młodszej o dwa lata kobiety i dumny ojciec dwójki dzieci. Dlaczego w takim razie ten wspaniały młody dorosły znalazł się w tej sytuacji? Otóż, mimo że jego życie prosperowało na idealne, w rzeczywistości prawda jest zupełnie inna. 
W klasie było duszno mimo pootwieranych okien. Chłopcy w odpiętych koszulach wachlowali się zeszytami, co mało im pomagało. Z kolei dziewczynom nagie uda przyklejały się do krzeseł. Ostatnia lekcja ciągnęła się niemiłosiernie. Pan Huang prowadził monolog na temat dziury ozonowej i niebezpiecznego ocieplania się klimatu. Widać było, że sam nie wytrzymywał upału. Jednakże jego zamiłowanie do tematu, który wyjaśniał, nie pozwalało mu zaprzestania.
Chłopak siedzący obok okna w przedostatnim rzędzie od dłuższego czasu nie słuchał nauczyciela. Wpatrywał się w okno, pragnąc jak najszybciej wyrwać się z tej sauny i wykąpać w jeziorze, które znajdowało się w lesie za jego domem. Zastanawiał się czy tym razem uda mu się wyciągnąć siostrę, by nie siedziała ciągle w książkach i telefonie tylko spędziła z nim trochę czasu. Jeśli nie to prawdopodobnie spotka się na miejscu z kolegami.
-Auuu...
Nagły jęk przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał na chłopca, który owy dźwięk z siebie wydał. Był to, jeśli dobrze pamiętał, Souta. Przeprowadził się do miasta dopiero miesiąc temu i był w ich klasie nowy. W tak krótkim czasie zdołał przypodobać się wszystkim dziewczynom w klasie, ale zniechęcić do siebie wszystkich nauczycieli oraz właśnie jego. Ayde nie był typem człowieka, który ocenia ludzi po wyglądzie i zachowaniu, ale w tym przypadku nie dało się nic poradzić na to, iż samo przebywanie w jednym pomieszczeniu z Soutą go irytowało.
Chłopak uniósł głowę i przetarł zaspane oczy. Często zasypiał na lekcjach, dzięki czemu zostawał za karę dwie godziny po szkole, by pomóc posprzątać boisko lub popracować w bibliotece. Przeczesał swoje złociste włosy, na których pojawiły się refleksy promieni słonecznych. Omiótł nieobecnym wzrokiem klasę i sprawił, że parę dziewczyn zarumieniło się, twierdząc, że "te piękne, błękitne oczy spojrzały właśnie na n i ą".
-Ile razy mam ci jeszcze powtarzać, panie Kagashi Souta, że na moich lekcjach się nie śpi?
Chłopak wstał i grzecznie przeprosił nauczyciela, choć ten mimo to kazał mu zostać po lekcjach.
               Muzyka rozbrzmiewała w całym korytarzu, zagłuszając rozmowy innych uczniów, zajętych opisywaniem swoich wakacji i przechwalaniem gdzie, kto oraz jak je spędził. Właśnie rozpoczął się kolejny rok szkolny w liceum, znajdującym się na obrzeżach Seulu. Uczniowie drugiej klasy czekali na tegorocznego wychowawcę, by omówić z nim plan lekcji oraz inne podstawowe rzeczy.
               Tymczasem kobiece głosy zespołu Girls Generation's śpiewały ulubioną piosenkę Luhana i Baekhyuna, dwóch przyjaciół, znających się od najmłodszych lat. W piątej klasie podstawówki stali się wręcz nierozłączni, gdy pewna sytuacja otworzyła im na siebie oczy. Otóż Baek wracał ze sklepu z płytą SNSD, tak bardzo szczęśliwy, że nie zauważył Lu i przez przypadek nie niego wpadł. Przedmiot, który trzymał wypadł mu z ręki. Spadł na ziemię, a chwilę po tym przejechało go auto, doszczętnie je niszcząc. Mały Byun prawię się rozpłakał, ale na szczęście Xiao, widząc w jakim jest stanie podarował mu swoją płytę, którą również dopiero co kupił. Na początku Baekhyun wzbraniał się z przyjęciem jej, ale po zapewnieniach Luhana, że już jej nie potrzebuje, z wdzięcznością zabrał ją do domu. Okazało się, że oboje uwielbiają ten sam zespół i mają nawet tę samą ulubioną piosenkę, która właśnie rozbrzmiewała w telefonie Byuna.
      -O tak Baekkie! - wykrzyknął roześmiany Lu. -Czuję te kocie ruchy!
                Z uśmiechem na ustach zaczął kiwać się do rytmu zwrotki, a gdy rozbrzmiały pierwsze słowa refrenu, zaczął poruszać biodrami. Chwycił Byuna za dłonie, próbując wciągnąć go w swoją zwariowaną zabawę, ale po chwili się poddał i nadal tańczył sam. Na koniec odrzucił w tył głowę. Sprawił, że jego blond włosy odsłoniły uśmiechniętą twarz i pogodne, brązowe oczy.
Baekhyun wraz ze swoim chłopakiem, stojącym zaraz za nim i obejmującym go od tyłu, patrzyli na całe zajście pokładając się ze śmiechu. Ich przyjaciel od zawsze taki był. Beztroski i radosny.
      -Jak spędziliście wakacje? - zapytał, kończąc wygłupy. Oparł łokieć na parapecie i brodę położył na dłoni.
      -Pojechaliśmy na dwa tygodnie do domku letniskowego mojego wujostwa - odparł Chanyeol.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp.
                    Zaspany chłopak z łóżkowymi włosami, schodził powoli po schodach. Zawsze wstawał o wiele wcześniej przed swoją mamą, by zrobić śniadanie i pożegnać zapracowaną kobietę. Odkąd rozwiodła się z mężem, w całości oddała się karierze, dlatego też większość obowiązków domowych przeszła na jej jedynego syna. Po pracy przychodziła wypić kawę, chwilę pogawędzić z Yorą, a następnie wziąć kryminał Agathy Christie do łóżka i porządnie się wyspać. Chłopak martwił się zdrowiem matki, gdyż coraz częściej skarżyła się na ból kości, a cienie pod jej oczami z dnia na dzień się powiększały.
                   Zaświecił światło w kuchni i zabrał się za robienie jajecznicy. Bycie ''panią domu'' bardzo mu odpowiadało. W zasadzie nic innego nie potrafił. Nie miał żadnych talentów, nawet nie próbował ich rozwinąć. Jedyne co przychodziło mu z łatwością to opieka nad domem oraz szybkie wyuczenie regułek na pamięć.
             -Co tak ładnie pachnie?
                 Zaskoczony obejrzał się za siebie. Jego mama stała oparta o framugę z rękoma założonymi na piersi. Uśmiechnęła się do niego czule, co odwzajemnił. Jego postura przy kuchence przypominała jej byłego męża. Miała z nim dobry kontakt. Oboje stwierdzili, że w ich związku nie ma tego czegoś i zostali przyjaciółmi. Jednak wciąż na samą myśl o nim potrafiła rozczulać się godzinami.
            -Wiesz, czasem myślę, że to ty opiekujesz się mną - powiedziała, wyciągając sztućce i talerze. -Ale wtedy patrzę na ciebie i stwierdzam, że wciąż jesteś moim malutkim, pięcioletnim synkiem, który myślał, że umrze, bo połknął muszkę w biegu.
            -Mamooo... - wywrócił oczami.
                 Zachichotała i usiadła przy stole. Yora nałożył jedzenie na talerze, po czym zajął miejsce na przeciwko.
            -Smacznego.
(to możesz troszeczkę ulepszyć i przedłużyć rozmowę)

~~~~~~~~~~~~~~~~~

Yora niósł dokumenty do pokoju nauczycielskiego. Często pomagał starszemu profesorowi, który się o niego martwił. Lubił pożyczać od niego interesujące książki i rozmawiać na temat ich treści.(możesz tu coś dodać później,ok albo po prostu opisać tą rozmowę z profesorkiem kiedy daje mu te dokumenty).
(tu będzie coś o wpadnięciu na typka)
-Pozwól, że pomogę i wezmę od ciebie połowę.





                    W Obserwatorium prace badawcze dochodziły końca. Zmęczeni pracownicy rozciągali swoje obolałe ramiona i żegnali się ze sobą paroma słowami, bądź jedynie miłym uśmiechem. Pragnęli wrócić już do domu i zdrzemnąć się choćby na kilka minut. Chcieli ujrzeć swoich partnerów, którzy powitaliby ich późną kolacją oraz pełnymi czułości słowami 'Witaj w domu. Ciężko dziś pracowałeś'.
               Jednakże mimo, iż pomieszczenie całkowicie opustoszało, przy jednym z biurek garbiły się plecy pewnego mężczyzny. Jego brązowe loki opadały miękko na czoło, zawierające zdecydowanie zbyt wiele zmarszczek. Oczy były uważnie wpatrzone w komputer, a dłonie dokonywały ostatnich zmian w otwartym pliku. Był zmęczony. Naprawdę pragnął położyć się spać i w końcu pozbyć się całego stresu, który wywierał na nim jego szef. Kochał tę pracę, ale momentami miał jej dość. Nie dlatego, że była ciężka. Po prostu przyszedł czas, gdy zaczął czuć, że to jego limit. Nigdy nie przyszło mu na myśl, by ją rzucić. Nie wyobrażał sobie życia bez wpatrywania w gwiazdy i szukania coraz to nowszych ciał niebieskich. Uwielbiał nadawać im imiona.
             -Tato...
                  Delikatne szarpnięcie za fartuch oderwało go od swoich myśli. Spojrzał na swojego syna z ogromną sympatią. Chłopiec wyglądał jak anioł. Po ojcu miał kręcone włosy, jednak po mamie odziedziczył ich piękny, słomiany kolor. Jego błękitne oczy były wypełnione łzami, którym za nic w świecie nie chciał pozwolić spłynąć. Nadymał pucułowate policzki i lekko pociągał nosem. Kurczowo zaciśnięta dłoń na białym fartuchu ojca, mówiła mu wszystko. Mężczyzna położył rękę na głowie malucha, po czym rozczochrał mu włosy.
             -Witaj, kochanie.
                      Pochylił się, by ucałować czoło dziecka.
           -Tato... mamusia znowu płacze – zeszklone oczy malca zabłyszczały w ciemności. -N-nie chcę...
               Słone krople spłynęły po twarzy chłopca, któremu głos odmówił posłuszeństwa. Jego pochlipywanie roznosiło się echem po całym Obserwatorium, nadając temu miejscu niezwykłą atmosferę. Ojciec otarł kciukami jego łzy, które zdawały się skalać piękną twarzyczkę. Uklęknął przed nim i objął, przyciągając kruche ciało do siebie. Buzia chłopca ukryła się w fałdach pomiętych już ubrań.
           -Wiem, skarbie – szepnął, gładząc go po głowie. -Musisz dać jej czas. Wszyscy potrzebujemy odrobiny więcej czasu, by się z tym pogodzić.
                Miał na myśli ich zmarłą córkę. Dziewczynka imieniem Hikari, tak jak wskazywało jej imię, była pełna blasku. Uwielbiała przyrodę. Często wychodziła na dwór obserwować życie motyli lub pilnować kwiatów, które zasadziła w doniczkach. Pomagała również staruszce, mieszkającej po sąsiedzku. Lubiła z nią przebywać i słuchać opowiadań o starych czasach. W przyszłości chciała zostać lekarzem, by pomagać ludziom i znaleźć lekarstwo na nieuleczalną chorobę jej młodszego braciszka. Była naprawdę uczynna.
             Któregoś dnia wyszła na spacer do pobliskiego szpitala, by dotrzymać towarzystwa ciężko chorym. Jej rodzice martwili się tym, iż nie wróciła do domu o tej porze co zwykle. Robiło się naprawdę późno. Mimo, że dzwonili po wszystkich znajomych, u których mogłaby być, wciąż nie wiedzieli gdzie jest. Postanowili jej poszukać. Około czwartej w nocy, kiedy mieli się poddać i wrócić na poszukiwania jak już będzie jaśniej, znaleźli jej bucik przed lasem. Kilka metrów dalej widać było niedużą plamę krwi. Całe ciało znaleźli przy rzece. Sine usta dziewczynki układały się w rozmarzony uśmiech, a niebieskie oczy wpatrywały się daleko w przestrzeń. Jej skóra była zimna jak lód. Płuca miały już nigdy nie nabrać oddechu. Nogi nie mogły jej już ponieść na drugi koniec świata. Usta nie mogły wypowiedzieć więcej słów. Jej serce nie mogło więcej razy zabić.
               -Tato, co to? Pokażesz mi gwiazdy, tatusiu?
                Mężczyzna wstał i chwycił synka za rękę. Zaczęli podążać w stronę ogromnego teleskopu, znajdującego się na środku Obserwatorium.
               -Jakich konstelacji już cię nauczyłem?
                 -Strzelec, Orion, Waga... um... Wodnik – chłopczyk zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie wszystkie nazwy.
            -Bardzo dobrze. Dzisiaj nauczę cię jak wygląda Koziorożec i gdzie go możesz znaleźć.
                      Wspólne szukanie gwiazd i dzielenie się pasją było naprawdę miłe. Chwile, w których mógł przekazać synowi coś, co kochał równie mocno jak jego samego... Cieszył się, że nie musiał być tam sam. Towarzystwo Yutaki działało na niego jak balsam. Uśmiech syna sprawiał, iż nie dało się samemu nie uśmiechnąć. Było w nim coś, co przyciągało ludzi.
               -Wiesz, synku? Myślę, że gdzieś tam, między gwiazdami, które obserwujemy, w galaktyce, coś jeszcze żyje. - Mężczyzna wpatrywał się rozmarzonym wzrokiem w nocne niebo. Yutaka wziął z niego przykład i, choć nie rozumiał czym może być to 'coś', próbował sobie to wyobrazić. Ojciec uniósł syna na wysokość swoich oczu.
                 -Cieszę się, że cię mam.
                 -Też się cieszę, tato.
                          Małe dłonie oplotły go wokół szyi, a radosny uśmiech zagościł na twarzy chłopca. Mężczyzna kilka razy okręcił się wokół własnej osi, śmiejąc się radośnie wraz z dzieckiem.
                       Tę magiczną chwilę przerwały szybkie kroki i nerwowe mamrotanie. Drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła przerażona kobieta. Jej blond włosy były w całkowitym nieładzie, a oczy skakały po wszystkich kątach pomieszczenia. W końcu natrafiły na małego chłopca w ramionach taty. Z ulgą rzuciła się w ich kierunku, po drodze zrzucając z biurek parę papierów.
                  -Yutaka! Nigdy więcej tego nie rób! - wykrzyknęła i uścisnęła drobne ciałko. -Nawet nie wiesz jak się bałam... Myślałam... myślałam, że...
                              Przerwał jej nagły szloch.
                    -Myślałam, że znikniesz jak Hikari...
Mężczyzna wrócił, tym razem był sam. Spojrzał na skulonego w kącie chłopca, trzęsącego się z przerażenia i zimna. Jego oczy były tępo wpatrzone w ścianę na przeciwko, a ręce zaciśnięte na rękawach poszarpanej cienkiej lnianej koszuli. Na nadgarstkach miał zielono-fioletowe siniaki, a z warg, na których zaciskał zęby, sączyła się krew. Kosmyki włosów kleiły mu się do skroni. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Szczerze, było mu go żal. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat i, choć sam był niewiele starszy, sądził, że jego powinnością było chronienie go.
Alex podszedł do niego i kucnął na przeciwko. Chłopak w końcu na niego spojrzał. Przez jego twarz przewinęła się złość, nienawiść jak i cierpienie, ale równocześnie ulga i wdzięczność.
-Wszystko w porządku?
Och, jakże ironicznie to zabrzmiało. Czy była jakakolwiek szansa na to, by było w porządku? W tym zniewieściałym czasie, w którym śmierć, krzywda, tortury i publiczne egzekucje rodzin były na porządku dziennym... Nawet jeśli, to nie miał prawa o to pytać. On - żołnierz, walczący przeciw swojej ojczyźnie. Czy mógł w ogóle stać twarzą w twarz z kimś, kto podjął się ryzyka, którego on nie potrafił?
Śmiech. Cichy, nie brzmiący wesoło, bardziej jak ironiczne parsknięcie. Mimo wszystko, według Alex'a miło było dostać w odpowiedzi chociażby to. Jego ręka mimochodem znalazłam się na czuprynie chłopca i zaczęła mierzwić jego włosy. Odrobinę przypominał mu młodszego brata, dla którego zrobiłby wszystko. Może to dlatego zaryzykował, by go ochronić?
-Postaram się... - zawiesił głos. -Postaram się, byś jeszcze dzisiaj stąd wyszedł. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.
Chłopiec spojrzał na niego swoimi zeszklonymi oczyma. Otworzył z niedowierzaniem buzię, przymykając powieki. Przechylił głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiając. Mężczyzna uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Ściągnął swój płaszcz, po czym otulił nim trzęsącego się chłopca. Ostatni raz na niego spojrzał, wstał i odwrócił się. Miał już zamiar wyjść, gdy chłopiec złapał go za sweter.
-Dziękuję...
Jego cichy głos w jakiś sposób polepszył mu humor. Wiedział, że zrobił dobrze.
-Stresujesz się?
Nathan siedział na przednim fotelu w nowym mercedesie jego matki. W powietrzu unosiła się woń świerkowego lasu i męskich perfum, których prawdopodobnie używał nowy facet kobiety. Chłopak przyciskał do piersi granatowo-czarny plecak, zaciskając dłonie na paskach do jego regulacji. Wpatrywał się w zegar odliczający czas jaki mu pozostał do rozpoczęcia zajęć w jego nowej szkole. Matka dostała awans, a co za tym szło musieli się przeprowadzić na drugi koniec kraju i zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Mimo że nie miał zbyt wielu przyjaciół w starej okolicy i był prześladowany przez sportowców w ich szkole, chciał tam żyć. Prosił ojca, by mógł zamieszkać z nim, byleby zostać w mieście, ale jego nowa żona się nie zgodziła. Nie lubił jej. Rozbiła związek rodziców, a na dodatek zabierała mu jego ojca pod pretekstem bycia z nim w "zagrożonej" ciąży.
-Jeśli teraz nie wysiądziesz to nie zdążysz odebrać planu lekcji i znaleźć odpowiedniej klasy.
Spojrzał na matkę. Uśmiech gościł na jej niewielkich wargach przyozdobionych czerwoną szminką. Jedną rękę trzymała na kierownicy, a drugą odgarniała brązowe loki opadające jej na twarz.
-Jest za dziesięć ósma, Nathan. Naprawdę chcesz się spóźnić już pierwszego dnia?
Pokręcił głową, nadal nie wychodząc z samochodu. Zielone oczy miał szeroko otwarte, jakby przekroczenie progu szkoły miało go zabić. Zagryzał dolną wargę.
-Och, no już... - rozczochrała mu włosy. -Jesteś dużym chłopcem i dasz sobie radę! To nie tak, że uczniowie cię zjedzą. W tamtej szkole znalazłeś przyjaciół to i w tej znajdziesz. A może nawet jakaś ładna dziewczyna zwróci na ciebie uwagę... No już! Hop siup i staw czoła nowej sytuacji.
-Mamo... - wywrócił oczami i z grymasem na twarzy, próbował przywrócić swoje włosy do porządku.
Wziął głęboki oddech i otworzył drzwi.
-Tak na marginesie to twoja szminka rozmazała się w prawym kąciku, ty wcale niedziecinna i bardzo odpowiedzialna matko - uśmiechnął się, wystawiając jedną nogę za pojazd. -Wcale się nie boję. Po prostu chciałem spędzić z tobą chwilę czasu zanim pojedziesz do pracy.
-Rzeczywiście... Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? Naprawdę wyszłam tak z domu? O mój Boże...
-Pa, mamo.


Przesłał jej buziaka dwoma palcami, a ona udała, że go łapie. Czekał aż jej samochód zniknie z pola jego widzenia i na trzęsących się nogach udał w stronę bramy. Szkoła miała trzy piętra, osobne dla każdego rocznika. Na środku dziedzińca znajdowała się duża fontanna, którą dookoła zajmowali uczniowie. Po prawej stronie duże boisko, a po lewej ogród. Chłopak niepewnie zarzucił na ramię plecak i skierował się w stronę wejścia. Patrzył w ziemię. Okropnie się bał, że będzie tak samo jak w jego byłej szkole. Nie chciał być znów szykanowany i wyśmiewany za byle co.