SuckMyAssSenpaiBitch

SuckMyAssSenpaiBitch

środa, 3 maja 2017

Piękna, cicha polana, rozświetlona łagodnym blaskiem księżyca. Wiatr delikatnie porusza wysoką trawą i liśćmi drzew, tworząc spokojną, nastrojową muzykę. Co jakiś czas słychać donośne huczenie sowy siedzącej na pobliskiej gałęzi. Wprost cudownie byłoby choć na chwilę zatrzymać się i podziwiać naturę. Jednakże w centrum sielankowego otoczenia leży dwudziestoletni mężczyzna. Nieogolony policzek przyciska do ziemi, ma lekko uchylone usta, z których cieknie strużka śliny i ogromne worki pod oczami. Rosa z trawy osiada na jego skórze. Jego dłonie kurczowo zaciskają się w pięści, a wyraz twarzy tężeje.
Oto Ryosuke Yukio, pracownik ogromnej korporacji zajmującej się reklamami, mąż pięknej, młodszej o dwa lata kobiety i dumny ojciec dwójki dzieci. Dlaczego w takim razie ten wspaniały młody dorosły znalazł się w tej sytuacji? Otóż, mimo że jego życie prosperowało na idealne, w rzeczywistości prawda jest zupełnie inna. 
W klasie było duszno mimo pootwieranych okien. Chłopcy w odpiętych koszulach wachlowali się zeszytami, co mało im pomagało. Z kolei dziewczynom nagie uda przyklejały się do krzeseł. Ostatnia lekcja ciągnęła się niemiłosiernie. Pan Huang prowadził monolog na temat dziury ozonowej i niebezpiecznego ocieplania się klimatu. Widać było, że sam nie wytrzymywał upału. Jednakże jego zamiłowanie do tematu, który wyjaśniał, nie pozwalało mu zaprzestania.
Chłopak siedzący obok okna w przedostatnim rzędzie od dłuższego czasu nie słuchał nauczyciela. Wpatrywał się w okno, pragnąc jak najszybciej wyrwać się z tej sauny i wykąpać w jeziorze, które znajdowało się w lesie za jego domem. Zastanawiał się czy tym razem uda mu się wyciągnąć siostrę, by nie siedziała ciągle w książkach i telefonie tylko spędziła z nim trochę czasu. Jeśli nie to prawdopodobnie spotka się na miejscu z kolegami.
-Auuu...
Nagły jęk przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał na chłopca, który owy dźwięk z siebie wydał. Był to, jeśli dobrze pamiętał, Souta. Przeprowadził się do miasta dopiero miesiąc temu i był w ich klasie nowy. W tak krótkim czasie zdołał przypodobać się wszystkim dziewczynom w klasie, ale zniechęcić do siebie wszystkich nauczycieli oraz właśnie jego. Ayde nie był typem człowieka, który ocenia ludzi po wyglądzie i zachowaniu, ale w tym przypadku nie dało się nic poradzić na to, iż samo przebywanie w jednym pomieszczeniu z Soutą go irytowało.
Chłopak uniósł głowę i przetarł zaspane oczy. Często zasypiał na lekcjach, dzięki czemu zostawał za karę dwie godziny po szkole, by pomóc posprzątać boisko lub popracować w bibliotece. Przeczesał swoje złociste włosy, na których pojawiły się refleksy promieni słonecznych. Omiótł nieobecnym wzrokiem klasę i sprawił, że parę dziewczyn zarumieniło się, twierdząc, że "te piękne, błękitne oczy spojrzały właśnie na n i ą".
-Ile razy mam ci jeszcze powtarzać, panie Kagashi Souta, że na moich lekcjach się nie śpi?
Chłopak wstał i grzecznie przeprosił nauczyciela, choć ten mimo to kazał mu zostać po lekcjach.
               Muzyka rozbrzmiewała w całym korytarzu, zagłuszając rozmowy innych uczniów, zajętych opisywaniem swoich wakacji i przechwalaniem gdzie, kto oraz jak je spędził. Właśnie rozpoczął się kolejny rok szkolny w liceum, znajdującym się na obrzeżach Seulu. Uczniowie drugiej klasy czekali na tegorocznego wychowawcę, by omówić z nim plan lekcji oraz inne podstawowe rzeczy.
               Tymczasem kobiece głosy zespołu Girls Generation's śpiewały ulubioną piosenkę Luhana i Baekhyuna, dwóch przyjaciół, znających się od najmłodszych lat. W piątej klasie podstawówki stali się wręcz nierozłączni, gdy pewna sytuacja otworzyła im na siebie oczy. Otóż Baek wracał ze sklepu z płytą SNSD, tak bardzo szczęśliwy, że nie zauważył Lu i przez przypadek nie niego wpadł. Przedmiot, który trzymał wypadł mu z ręki. Spadł na ziemię, a chwilę po tym przejechało go auto, doszczętnie je niszcząc. Mały Byun prawię się rozpłakał, ale na szczęście Xiao, widząc w jakim jest stanie podarował mu swoją płytę, którą również dopiero co kupił. Na początku Baekhyun wzbraniał się z przyjęciem jej, ale po zapewnieniach Luhana, że już jej nie potrzebuje, z wdzięcznością zabrał ją do domu. Okazało się, że oboje uwielbiają ten sam zespół i mają nawet tę samą ulubioną piosenkę, która właśnie rozbrzmiewała w telefonie Byuna.
      -O tak Baekkie! - wykrzyknął roześmiany Lu. -Czuję te kocie ruchy!
                Z uśmiechem na ustach zaczął kiwać się do rytmu zwrotki, a gdy rozbrzmiały pierwsze słowa refrenu, zaczął poruszać biodrami. Chwycił Byuna za dłonie, próbując wciągnąć go w swoją zwariowaną zabawę, ale po chwili się poddał i nadal tańczył sam. Na koniec odrzucił w tył głowę. Sprawił, że jego blond włosy odsłoniły uśmiechniętą twarz i pogodne, brązowe oczy.
Baekhyun wraz ze swoim chłopakiem, stojącym zaraz za nim i obejmującym go od tyłu, patrzyli na całe zajście pokładając się ze śmiechu. Ich przyjaciel od zawsze taki był. Beztroski i radosny.
      -Jak spędziliście wakacje? - zapytał, kończąc wygłupy. Oparł łokieć na parapecie i brodę położył na dłoni.
      -Pojechaliśmy na dwa tygodnie do domku letniskowego mojego wujostwa - odparł Chanyeol.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp.
                    Zaspany chłopak z łóżkowymi włosami, schodził powoli po schodach. Zawsze wstawał o wiele wcześniej przed swoją mamą, by zrobić śniadanie i pożegnać zapracowaną kobietę. Odkąd rozwiodła się z mężem, w całości oddała się karierze, dlatego też większość obowiązków domowych przeszła na jej jedynego syna. Po pracy przychodziła wypić kawę, chwilę pogawędzić z Yorą, a następnie wziąć kryminał Agathy Christie do łóżka i porządnie się wyspać. Chłopak martwił się zdrowiem matki, gdyż coraz częściej skarżyła się na ból kości, a cienie pod jej oczami z dnia na dzień się powiększały.
                   Zaświecił światło w kuchni i zabrał się za robienie jajecznicy. Bycie ''panią domu'' bardzo mu odpowiadało. W zasadzie nic innego nie potrafił. Nie miał żadnych talentów, nawet nie próbował ich rozwinąć. Jedyne co przychodziło mu z łatwością to opieka nad domem oraz szybkie wyuczenie regułek na pamięć.
             -Co tak ładnie pachnie?
                 Zaskoczony obejrzał się za siebie. Jego mama stała oparta o framugę z rękoma założonymi na piersi. Uśmiechnęła się do niego czule, co odwzajemnił. Jego postura przy kuchence przypominała jej byłego męża. Miała z nim dobry kontakt. Oboje stwierdzili, że w ich związku nie ma tego czegoś i zostali przyjaciółmi. Jednak wciąż na samą myśl o nim potrafiła rozczulać się godzinami.
            -Wiesz, czasem myślę, że to ty opiekujesz się mną - powiedziała, wyciągając sztućce i talerze. -Ale wtedy patrzę na ciebie i stwierdzam, że wciąż jesteś moim malutkim, pięcioletnim synkiem, który myślał, że umrze, bo połknął muszkę w biegu.
            -Mamooo... - wywrócił oczami.
                 Zachichotała i usiadła przy stole. Yora nałożył jedzenie na talerze, po czym zajął miejsce na przeciwko.
            -Smacznego.
(to możesz troszeczkę ulepszyć i przedłużyć rozmowę)

~~~~~~~~~~~~~~~~~

Yora niósł dokumenty do pokoju nauczycielskiego. Często pomagał starszemu profesorowi, który się o niego martwił. Lubił pożyczać od niego interesujące książki i rozmawiać na temat ich treści.(możesz tu coś dodać później,ok albo po prostu opisać tą rozmowę z profesorkiem kiedy daje mu te dokumenty).
(tu będzie coś o wpadnięciu na typka)
-Pozwól, że pomogę i wezmę od ciebie połowę.





                    W Obserwatorium prace badawcze dochodziły końca. Zmęczeni pracownicy rozciągali swoje obolałe ramiona i żegnali się ze sobą paroma słowami, bądź jedynie miłym uśmiechem. Pragnęli wrócić już do domu i zdrzemnąć się choćby na kilka minut. Chcieli ujrzeć swoich partnerów, którzy powitaliby ich późną kolacją oraz pełnymi czułości słowami 'Witaj w domu. Ciężko dziś pracowałeś'.
               Jednakże mimo, iż pomieszczenie całkowicie opustoszało, przy jednym z biurek garbiły się plecy pewnego mężczyzny. Jego brązowe loki opadały miękko na czoło, zawierające zdecydowanie zbyt wiele zmarszczek. Oczy były uważnie wpatrzone w komputer, a dłonie dokonywały ostatnich zmian w otwartym pliku. Był zmęczony. Naprawdę pragnął położyć się spać i w końcu pozbyć się całego stresu, który wywierał na nim jego szef. Kochał tę pracę, ale momentami miał jej dość. Nie dlatego, że była ciężka. Po prostu przyszedł czas, gdy zaczął czuć, że to jego limit. Nigdy nie przyszło mu na myśl, by ją rzucić. Nie wyobrażał sobie życia bez wpatrywania w gwiazdy i szukania coraz to nowszych ciał niebieskich. Uwielbiał nadawać im imiona.
             -Tato...
                  Delikatne szarpnięcie za fartuch oderwało go od swoich myśli. Spojrzał na swojego syna z ogromną sympatią. Chłopiec wyglądał jak anioł. Po ojcu miał kręcone włosy, jednak po mamie odziedziczył ich piękny, słomiany kolor. Jego błękitne oczy były wypełnione łzami, którym za nic w świecie nie chciał pozwolić spłynąć. Nadymał pucułowate policzki i lekko pociągał nosem. Kurczowo zaciśnięta dłoń na białym fartuchu ojca, mówiła mu wszystko. Mężczyzna położył rękę na głowie malucha, po czym rozczochrał mu włosy.
             -Witaj, kochanie.
                      Pochylił się, by ucałować czoło dziecka.
           -Tato... mamusia znowu płacze – zeszklone oczy malca zabłyszczały w ciemności. -N-nie chcę...
               Słone krople spłynęły po twarzy chłopca, któremu głos odmówił posłuszeństwa. Jego pochlipywanie roznosiło się echem po całym Obserwatorium, nadając temu miejscu niezwykłą atmosferę. Ojciec otarł kciukami jego łzy, które zdawały się skalać piękną twarzyczkę. Uklęknął przed nim i objął, przyciągając kruche ciało do siebie. Buzia chłopca ukryła się w fałdach pomiętych już ubrań.
           -Wiem, skarbie – szepnął, gładząc go po głowie. -Musisz dać jej czas. Wszyscy potrzebujemy odrobiny więcej czasu, by się z tym pogodzić.
                Miał na myśli ich zmarłą córkę. Dziewczynka imieniem Hikari, tak jak wskazywało jej imię, była pełna blasku. Uwielbiała przyrodę. Często wychodziła na dwór obserwować życie motyli lub pilnować kwiatów, które zasadziła w doniczkach. Pomagała również staruszce, mieszkającej po sąsiedzku. Lubiła z nią przebywać i słuchać opowiadań o starych czasach. W przyszłości chciała zostać lekarzem, by pomagać ludziom i znaleźć lekarstwo na nieuleczalną chorobę jej młodszego braciszka. Była naprawdę uczynna.
             Któregoś dnia wyszła na spacer do pobliskiego szpitala, by dotrzymać towarzystwa ciężko chorym. Jej rodzice martwili się tym, iż nie wróciła do domu o tej porze co zwykle. Robiło się naprawdę późno. Mimo, że dzwonili po wszystkich znajomych, u których mogłaby być, wciąż nie wiedzieli gdzie jest. Postanowili jej poszukać. Około czwartej w nocy, kiedy mieli się poddać i wrócić na poszukiwania jak już będzie jaśniej, znaleźli jej bucik przed lasem. Kilka metrów dalej widać było niedużą plamę krwi. Całe ciało znaleźli przy rzece. Sine usta dziewczynki układały się w rozmarzony uśmiech, a niebieskie oczy wpatrywały się daleko w przestrzeń. Jej skóra była zimna jak lód. Płuca miały już nigdy nie nabrać oddechu. Nogi nie mogły jej już ponieść na drugi koniec świata. Usta nie mogły wypowiedzieć więcej słów. Jej serce nie mogło więcej razy zabić.
               -Tato, co to? Pokażesz mi gwiazdy, tatusiu?
                Mężczyzna wstał i chwycił synka za rękę. Zaczęli podążać w stronę ogromnego teleskopu, znajdującego się na środku Obserwatorium.
               -Jakich konstelacji już cię nauczyłem?
                 -Strzelec, Orion, Waga... um... Wodnik – chłopczyk zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie wszystkie nazwy.
            -Bardzo dobrze. Dzisiaj nauczę cię jak wygląda Koziorożec i gdzie go możesz znaleźć.
                      Wspólne szukanie gwiazd i dzielenie się pasją było naprawdę miłe. Chwile, w których mógł przekazać synowi coś, co kochał równie mocno jak jego samego... Cieszył się, że nie musiał być tam sam. Towarzystwo Yutaki działało na niego jak balsam. Uśmiech syna sprawiał, iż nie dało się samemu nie uśmiechnąć. Było w nim coś, co przyciągało ludzi.
               -Wiesz, synku? Myślę, że gdzieś tam, między gwiazdami, które obserwujemy, w galaktyce, coś jeszcze żyje. - Mężczyzna wpatrywał się rozmarzonym wzrokiem w nocne niebo. Yutaka wziął z niego przykład i, choć nie rozumiał czym może być to 'coś', próbował sobie to wyobrazić. Ojciec uniósł syna na wysokość swoich oczu.
                 -Cieszę się, że cię mam.
                 -Też się cieszę, tato.
                          Małe dłonie oplotły go wokół szyi, a radosny uśmiech zagościł na twarzy chłopca. Mężczyzna kilka razy okręcił się wokół własnej osi, śmiejąc się radośnie wraz z dzieckiem.
                       Tę magiczną chwilę przerwały szybkie kroki i nerwowe mamrotanie. Drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła przerażona kobieta. Jej blond włosy były w całkowitym nieładzie, a oczy skakały po wszystkich kątach pomieszczenia. W końcu natrafiły na małego chłopca w ramionach taty. Z ulgą rzuciła się w ich kierunku, po drodze zrzucając z biurek parę papierów.
                  -Yutaka! Nigdy więcej tego nie rób! - wykrzyknęła i uścisnęła drobne ciałko. -Nawet nie wiesz jak się bałam... Myślałam... myślałam, że...
                              Przerwał jej nagły szloch.
                    -Myślałam, że znikniesz jak Hikari...
Mężczyzna wrócił, tym razem był sam. Spojrzał na skulonego w kącie chłopca, trzęsącego się z przerażenia i zimna. Jego oczy były tępo wpatrzone w ścianę na przeciwko, a ręce zaciśnięte na rękawach poszarpanej cienkiej lnianej koszuli. Na nadgarstkach miał zielono-fioletowe siniaki, a z warg, na których zaciskał zęby, sączyła się krew. Kosmyki włosów kleiły mu się do skroni. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Szczerze, było mu go żal. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat i, choć sam był niewiele starszy, sądził, że jego powinnością było chronienie go.
Alex podszedł do niego i kucnął na przeciwko. Chłopak w końcu na niego spojrzał. Przez jego twarz przewinęła się złość, nienawiść jak i cierpienie, ale równocześnie ulga i wdzięczność.
-Wszystko w porządku?
Och, jakże ironicznie to zabrzmiało. Czy była jakakolwiek szansa na to, by było w porządku? W tym zniewieściałym czasie, w którym śmierć, krzywda, tortury i publiczne egzekucje rodzin były na porządku dziennym... Nawet jeśli, to nie miał prawa o to pytać. On - żołnierz, walczący przeciw swojej ojczyźnie. Czy mógł w ogóle stać twarzą w twarz z kimś, kto podjął się ryzyka, którego on nie potrafił?
Śmiech. Cichy, nie brzmiący wesoło, bardziej jak ironiczne parsknięcie. Mimo wszystko, według Alex'a miło było dostać w odpowiedzi chociażby to. Jego ręka mimochodem znalazłam się na czuprynie chłopca i zaczęła mierzwić jego włosy. Odrobinę przypominał mu młodszego brata, dla którego zrobiłby wszystko. Może to dlatego zaryzykował, by go ochronić?
-Postaram się... - zawiesił głos. -Postaram się, byś jeszcze dzisiaj stąd wyszedł. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.
Chłopiec spojrzał na niego swoimi zeszklonymi oczyma. Otworzył z niedowierzaniem buzię, przymykając powieki. Przechylił głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiając. Mężczyzna uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Ściągnął swój płaszcz, po czym otulił nim trzęsącego się chłopca. Ostatni raz na niego spojrzał, wstał i odwrócił się. Miał już zamiar wyjść, gdy chłopiec złapał go za sweter.
-Dziękuję...
Jego cichy głos w jakiś sposób polepszył mu humor. Wiedział, że zrobił dobrze.
-Stresujesz się?
Nathan siedział na przednim fotelu w nowym mercedesie jego matki. W powietrzu unosiła się woń świerkowego lasu i męskich perfum, których prawdopodobnie używał nowy facet kobiety. Chłopak przyciskał do piersi granatowo-czarny plecak, zaciskając dłonie na paskach do jego regulacji. Wpatrywał się w zegar odliczający czas jaki mu pozostał do rozpoczęcia zajęć w jego nowej szkole. Matka dostała awans, a co za tym szło musieli się przeprowadzić na drugi koniec kraju i zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Mimo że nie miał zbyt wielu przyjaciół w starej okolicy i był prześladowany przez sportowców w ich szkole, chciał tam żyć. Prosił ojca, by mógł zamieszkać z nim, byleby zostać w mieście, ale jego nowa żona się nie zgodziła. Nie lubił jej. Rozbiła związek rodziców, a na dodatek zabierała mu jego ojca pod pretekstem bycia z nim w "zagrożonej" ciąży.
-Jeśli teraz nie wysiądziesz to nie zdążysz odebrać planu lekcji i znaleźć odpowiedniej klasy.
Spojrzał na matkę. Uśmiech gościł na jej niewielkich wargach przyozdobionych czerwoną szminką. Jedną rękę trzymała na kierownicy, a drugą odgarniała brązowe loki opadające jej na twarz.
-Jest za dziesięć ósma, Nathan. Naprawdę chcesz się spóźnić już pierwszego dnia?
Pokręcił głową, nadal nie wychodząc z samochodu. Zielone oczy miał szeroko otwarte, jakby przekroczenie progu szkoły miało go zabić. Zagryzał dolną wargę.
-Och, no już... - rozczochrała mu włosy. -Jesteś dużym chłopcem i dasz sobie radę! To nie tak, że uczniowie cię zjedzą. W tamtej szkole znalazłeś przyjaciół to i w tej znajdziesz. A może nawet jakaś ładna dziewczyna zwróci na ciebie uwagę... No już! Hop siup i staw czoła nowej sytuacji.
-Mamo... - wywrócił oczami i z grymasem na twarzy, próbował przywrócić swoje włosy do porządku.
Wziął głęboki oddech i otworzył drzwi.
-Tak na marginesie to twoja szminka rozmazała się w prawym kąciku, ty wcale niedziecinna i bardzo odpowiedzialna matko - uśmiechnął się, wystawiając jedną nogę za pojazd. -Wcale się nie boję. Po prostu chciałem spędzić z tobą chwilę czasu zanim pojedziesz do pracy.
-Rzeczywiście... Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? Naprawdę wyszłam tak z domu? O mój Boże...
-Pa, mamo.


Przesłał jej buziaka dwoma palcami, a ona udała, że go łapie. Czekał aż jej samochód zniknie z pola jego widzenia i na trzęsących się nogach udał w stronę bramy. Szkoła miała trzy piętra, osobne dla każdego rocznika. Na środku dziedzińca znajdowała się duża fontanna, którą dookoła zajmowali uczniowie. Po prawej stronie duże boisko, a po lewej ogród. Chłopak niepewnie zarzucił na ramię plecak i skierował się w stronę wejścia. Patrzył w ziemię. Okropnie się bał, że będzie tak samo jak w jego byłej szkole. Nie chciał być znów szykanowany i wyśmiewany za byle co.