Tydzień temu wyjechałem do ciotki, mieszkającej w Hiszpanii, co na początku wydawało się być moim błędem, przez nudności jakich doznałem ze strachu na pokładzie samolotu. W połowie lotu dosłownie stałem przy wyjściu, kłócąc się ze stewardessą o otworzenie drzwi. Po dotarciu do domu, w którym miałem zamieszkać, również nie byłem przekonany co do jakichkolwiek pozytywów tej decyzji. Byłem ubrany w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, a wciąż niezmiernie się pociłem. Po przejściu pięciu metrów myślałem, że umrę i następne dwa dni przeleżałem w łóżku, próbując przyzwyczaić się do tutejszego klimatu.
Jednakże jakoś cztery dni temu znalazłem to miejsce. Raj na ziemi, ot co. Nie dość, że serwują tu najlepsze na świecie zimne koktajle, to jeszcze ten kelner... Pierwszego dnia, gdy go zobaczyłem, nie potrafiłem wykrztusić z siebie nawet jednego słowa, przez co przyniósł mi wodę i kilka razy pytał czy dobrze się czuję. Od tego momentu poczułem, że może jednak nie był to najgorszy wybór, by przenieść się do ciotki. Może i nawet jeden z tych lepszych.
-Cześć, co podać?
Wyprostowałem się i delikatnie uśmiechnąłem. Jego głos był tak przyjemny, że chciało się go słuchać godzinami. Włosy miał rozczochrane, niezbyt przykładał wagę do ich porządku, co dodawało mu uroku. Brązowe oczy zaś wyczekująco na mnie spoglądały.
-Koktajl truskawkowy